Są posiłki, które mają moc uwodzenia zmysłów i wyobraźni. Tak właśnie pisze Jo Kyung-ran. Smak języka to erotyczna opowieść o złamanym sercu, która satysfakcjonuje niczym doskonały posiłek, a nawet bardziej, ponieważ ostatnim daniem zamiast deseru jest zemsta.
Sharon Krum, The Thing about Jane Spring
Wystawna uczta.
„Kirkus Review”
Koreańska autorka porównywana do Harukiego Murakamiego
Smak języka. Historia pewnej zemsty
Smak języka to niepokojąca opowieść miłosna. Historia kobiety ogarniętej pasją gotowania i do szaleństwa zakochanej w narzeczonym. Chǒng Chi-wǒn marzy o pięknym życiu, które będzie dzieliła w przyszłości z mężem. Ale jej marzenia boleśnie zderzają się z rzeczywistością, gdy jej mężczyzna odchodzi do innej kobiety. Nie potrafi pogodzić się
z odrzuceniem, mści się w jedyny sposób, jaki zna - poprzez gotowanie. Podczas pożegnalnej kolacji serwuje ukochanemu wykwintne danie - będące wyrazem jej zemsty
i oczyszczenia. Smak języka jest zmysłową, intymną historią kobiety, która postrzega świat poprzez smaki i zapachy. Hipnotyzująca, subtelnie poprowadzona powieść,
a jednocześnie zadziwiająco znajoma. Mnóstwo w niej dań posiadających moc
i jeden mrożący krew w żyłach przepis...
Buon Appetito...
Rozdział 4
Gdyby takie emocje, jak samotność, smutek czy radość można było wyrazić poprzez składniki potraw, samotność byłaby bazylią. Niekorzystnie wpływa na żołądek, przyćmiewa wzrok, przytępia umysł. Utłuczona na miazgę i przykryta kamieniem, przyciąga skorpiony. Radość byłaby szafranem – rozkwitającym wiosną krokusem. Nawet szczypta sprawi, że smak potrawy staje się intensywniejszy, a zapach trwalszy. Szafran można znaleźć wszędzie, ale nie o każdej porze roku. Korzystnie wpływa na serce. Dodany do wina, upoi natychmiast swą odurzającą wonią. Najszlachetniejsze gatunki szafranu rozpadają się, gdy dotknąć je dłonią. Ich płatki opadają z szelestem, na krótką chwilę roztaczając wokół intensywny zapach. Smutek byłby porowatym ogórkiem, którego aromat roznosi się na wszystkie strony. Chropawy i ciężki do strawienia, potrafi zmorzyć wysoką temperaturą. Dzięki doskonałym właściwościom absorpcyjnym wchłonie każdą przyprawę i wydłuży okres konserwacji. Najlepsze potrawy, jakie można przyrządzić z ogórków, to marynaty. Należy zagotować roztwór wody z octem, zalać nim ogórki, a następnie przyprawić solą i pieprzem. Potem zamknąć szczelnie w sterylnych słojach i przechowywać w ciemnym, suchym miejscu.
Won’s Kitchen.
Zdejmuję szyld zawieszony na drzwiach wejściowych. On sam go zaprojektował, a następnie wykonał, wykorzystując technikę sitodruku. Kazał mi go osobiście zawiesić – wcześnie rano, w dniu przyjęcia inaugurującego otwarcie mojej szkoły gotowania.
– Szukałem jakiejś niezwykłej nazwy – powiedział, ukazując w szerokim uśmiechu białe zęby. – Chǒng Chi-wǒn – najbardziej niezwykłe imię na świecie. Chǒng Chi-wǒn! – zawołał ponownie moje imię. Przechadzał się tak po domu i figlarnie wołał co chwila moje imię, niczym Eskimos, który wierzy, że w tym imieniu zagości dusza. W tym czasie ja przygotowywałam jajka sadzone. Ostrożnie, tak by nie rozlać żółtka. Posypałam je startym ementalerem, solą i pieprzem. Na małym stoliczku rozłożyłam biały obrus, wysuszony w słońcu, a następnie postawiłam przygotowane przed chwilą jajka, masło bez soli, dżem borówkowy i bagietkę opieczoną w piekarniku. To było nasze ulubione śniadanie: proste, gorące i słodkie. On jak zwykle posmarował bagietkę grubą warstwą masła i dżemu, a potem namoczył ją w kawie. Ja do swojej filiżanki włożyłam małą łyżeczkę z dżemem i czekałam, aż dżem się rozpuści w gorącej i mocnej kawie, a słodki smak rozpłynie się w naczyniu. Wciąż pamiętam ostatnią słodką kroplę, pozostałą na dnie filiżanki, i wilgotne, miękkie okruszyny bułki na podniebieniu. I Jego słowa, że w nowym domu zaprojektował miejsce na moją szkołę gotowania, Jego biuro i naszą sypialnię. W odpowiedzi wzięłam do ręki czerwoną, twardą rzodkiewkę, zroszoną jeszcze kroplami wody. Posmarowałam ją cienką warstwą masła, a potem przytknęłam delikatnie do soli i włożyłam do ust. W moich ustach rozległo się głośne chrupanie. Zjadałam rzodkiewkę ze smakiem i z nadzieją, że to chrupanie zabrzmiało jak odpowiedź: „Świetnie. Pewnego dnia”. Czy dlatego przypisałam rzodkiewkom smak miłości? Małym, czerwonym i soczystym rzodkiewkom w kształcie
miniaturowych jabłek, przystrojonym zieloną natką. Mimo że nie mają jak jabłka nasion ułożonych w kształcie gwiazdy.
Zdjęłam szyld i natychmiast poczułam, jakby moje imię przestało istnieć na tym świecie. Jakbym już nic nie znaczyła.
On spakował swoje ostatnie rzeczy i wyszedł, a ja skuliłam się na kanapie w salonie i zamarłam.
Teraz leżę w bezruchu i słyszę, jak za oknem wieje wiatr, czuję jak zachodzi słońce i wstaje świt, jak marznę i boli mnie gardło. Nie przyrządzam już jajecznicy ani nie opiekam bułek. Od czasu do czasu wstaję, żeby napić się wody, a kiedy czuję, że ostry koniec długiej wysuszonej bagietki dźga mnie w podniebienie, poirytowana nalewam gorącej wody do coffee press i wypijam filiżankę kawy. W tym domu przez gardło przechodzi mi obecnie jedynie woda, kawa i powietrze. Po trzech dobach przestałam liczyć dni. Odnoszę wrażenie, że stopniowo rozpadam się na części. Moje ramiona i ręce, głowa i szyja. Ogarnia mnie słabość, gdy dociera do mnie, że znowu nastała noc. Jestem wyczerpana. Czuję, jakbym leżała na ogromnej, rozgrzanej miedzianej patelni. Czy znikam powoli jak mała, przez nikogo niezauważona plama oleju? Chcę poruszyć zastygłe ciało, dotknąć palców u rąk, palców u nóg, które zdają się rozpuszczać. Nie jestem w stanie nimi nawet poruszyć. Pomóż mi się podnieść, szepczę w gęstej, czarnozielonej ciemności.
– Musisz się z tego wydostać – powiedział mi wuj. – Przestań się nurzać w tej rozpaczy. Wstawaj!
Coś wielkiego, gorącego i wilgotnego muska mój policzek.
Otwieram oczy.
Polli liże moją twarz. Wielkie czarne źrenice wpatrują się we mnie.
– Ktoś... przyszedł? – pytam Polliego, unosząc się na ramionach.
Pies wydaje z siebie niskie pojedyncze szczeknięcie. A następnie kładzie się spokojnie i potrząsa dwukrotnie łbem, a jego długie uszy opadają nieco na oczy. W ten sposób daje znak, że jest głodny. Wkładam pod brzuch Polliego dłoń i głaszczę jego futro miękkie niczym aksamit. Pies delikatnie trąca nosem moje kolano. „Zaopiekujesz się mną, prawda?”. W odpowiedzi głaszczę jego głowę. Mój kochany Polli, którego wyróżnia niezwykła łagodność, niezależność i słaby zmysł orientacji. Pies raz jeszcze wydaje z siebie głuche szczeknięcie.
– Też chcesz odejść? – pytam się Polliego. Ale on przywiera brzuchem do podłogi i kładzie głowę na przednich łapach, jakby chciał powiedzieć: „Muszę trochę odpocząć”. Polli jest Jego psem.
Koreańska autorka porównywana
do Harukiego Murakamiego!
Jo Kyung-ran urodziła się w 1969 roku w Seulu. Zadebiutowała w 1996 r. opowiadaniem „French Optical”, które wygrało doroczny konkurs literacki Donga Ilbo. W tym samym roku jej powieść „Time for Baking Bread” zdobyła prestiżową nagrodę Munhakdongne New Writer Award. Wydała również zbiór opowiadań „My Maroon Sofa”, „In Search of Elephants” i „The Story of a Ladle”. Ponadto otrzymała wiele innych nagród literackich, m.in.: Today’s Young Artist Award i Contemporary Literature Prize. Smak języka to pierwsza książka tej autorki przetłumaczona na język polski.
Jo Kyung-ran - Smak tworzenia
Co zdarzyło się w Twoim życiu, że postanowiłaś zostać pisarką?
Kiedy młodzi Koreańczycy kończą szkołę średnią, idą na uniwersytet albo zaczynają pracować. Tymczasem ja nie wiedziałam, co ze sobą począć. Nie chciałam żyć, tak jak inni. Nie miałam obok siebie też nikogo, kto wsparłby mnie w trudnych momentach. Poradził, jak powinnam się zachować. Zaczęłam więc dużo czytać. W książkach szukałam odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić ze swoim życiem?". Nigdzie nie wychodziłam, tylko do księgarni. Żadnych przyjaciół, dodatkowych zajęć.
Długo to trwało?
Siedziałam w domu przez pięć lat, między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia. Wreszcie mnie oświeciło – będę poetką! Właśnie tej odpowiedzi szukałam w książkach! Zaczęłam studiować na Wydziale Kreatywnej Literatury Artystycznej Szkoły Wyższej w Seulu, a kończyłam wtedy 26 lat. Uczyłam się bardzo pilnie, ale pewnego dnia moja pani profesor, Kim Hye-sun, która w Korei jest cenioną poetką, powiedziała do mnie: „Ran, obawiam się, że nie masz talentu, by zostać poetką. Wydaje mi się, że powinnaś pisać powieści". Nie było to przyjemne i wywróciło moje myślenie do góry nogami. Ale szybko zostałam doceniona jako pisarka, stało się to, zanim skończyłam studia i 28 lat. Dlatego do dziś wierzę, i jestem tego przykładem, że książki mogą zmienić życie.
Sukces przyszedł z dnia na dzień?
Nie, choć niektórym wydaje się, że miałam dużo szczęścia. A niech tak myślą! Fakt, byłam bardzo młoda, kiedy w 1996 roku zadebiutowałam powieścią Czas pieczenia chleba. Wówczas dostałam nagrodę, którą w Korei przyznaje się najlepszym
pisarzom młodego pokolenia. Stałam się popularna. Czy był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu? Być może, bo od tej chwili zaczęłam tracić na wadze.
Czy to prawda, że twoje pisanie wzięło się z samotności?
Oczywiście. Piszę o tym, co widzę, co słyszę. Jeśli nie byłabym samotna, nie przetworzyłabym tego, czego doświadczam, nie poruszyłabym swojej wyobraźni.
Bohaterka Smaku języka Ji-won wydaje się być silna, prowadzi własną szkołę gotowania. Kiedy traci ukochanego, załamuje się. Dlaczego napisałaś książkę o kobiecie, której życie determinuje mężczyzna?
Ji-won wcale nie jest silna. Nie załamuje się, nie dziwaczeje. Jest kobietą, która wierzy w prawdziwą miłość. Myśli: „Miłość to jedyna trwała rzecz w tym ciągle zmieniającym się świecie". Dlatego chce tak bardzo walczyć o utracone uczucie.
Niekiedy osamotnienie niszczy.
Samotność nie jest destrukcyjna. To stereotypowe myślenie. Powoduje raczej, że ludzie zaczynają myśleć, że kogoś potrzebują, kogoś chcą.
Kto mocniej cierpi – kobiety czy mężczyźni?
Nie ma znaczenia. Wszystko zależy od konstrukcji psychicznej człowieka. Choć z drugiej strony uważam, że kobiety są bardziej wrażliwe niż mężczyźni. Jesteśmy książką, której nie da się przeczytać szybko i z łatwością.
Ale takie szczegółowe analizowanie życia jak w przypadku Ji-won może doprowadzić do szaleństwa…
Nie do końca. Dzięki temu, że moja bohaterka zaczyna przyglądać się sobie i światu, staje się spokojniejsza i może się zastanowić, czego tak naprawdę pragnie. Stawia czoła sytuacji, w której się znalazła. Jest odważna, nie unika problemów. Działa tak, bo uznaje to za słuszne. Wszystko w imię miłości.
Tylko prowadzi to do dość szokującego zakończenia Smaku języka. Analizujesz swoje życie tak jak Ji-won?
Przynajmniej próbuję. W swojej rzeczywistości jestem obserwatorem i kreatorem życia. Do tego potrzeba wyobraźni, bez której nie byłoby pisania.
Co wiedziałaś o gotowaniu, zanim zaczęłaś pisać Smak języka?
To długa historia! Jeśli dobrze pamiętam, interesowałam się gotowaniem od siódmego roku życia. Jestem najstarsza z rodzeństwa i musiałam pomagać mamie w kuchni. Na co dzień, a szczególnie w wielkie święta. Przepisy mojej mamy nie zawsze mi się podobały, więc układałam własne. Potem brałam lekcje pieczenia, gotowania. Jestem całkiem niezłą koreańską kucharką!
Lubisz jeść?
Kiedyś miałam z tym problem. Pamiętam, że skończyłam dwadzieścia kilka lat, kiedy zaczęłam jeść. Tak przez cały dzień. Bez przerwy. Jakiś czas to trwało, więc zrobiłam się strasznie gruba. Straciłam na wadze, gdy zostałam pisarką. Moja pierwsza książka miała tytuł, nomen omen, Czas pieczenia chleba. Przyszła popularność, a ja z dnia na dzień zaczęłam tracić zbędne kilogramy.
Przed napisaniem Smaku języka konsultowałaś się z szefami kuchni?
Oczywiście. Spotkałam się z kilkoma świetnymi kucharzami, wśród przyjaciół mam znakomitych szefów kuchni. Wielu z nich poznałam we właściwym momencie swojego życia. To oni nauczyli mnie tego, jak ważne jest jedzenie. Uważam, że jesteśmy tym, co jemy, tak jak jesteśmy tym, co czytamy.
Czy w takim razie bohaterowie Smaku języka to tylko wytwór twojej wyobraźni?
Nie tylko. Mieszam cechy osób, które znam, z tymi, które urodziły się w mojej wyobraźni.
Zanim usiądziesz do komputera, masz całą powieść w głowie, czy zmienia się ona w czasie pisania?
Książkę piszę dwa razy. Najpierw układam ją w głowie. Potem siadam do laptopa. Jeśli nie mam sprecyzowanego całego pomysłu, od pierwszego do ostatniego zdania, nie mogę zacząć pisać. Ale zawsze łudzę się nadzieją, że coś się wydarzy i zmienię jakiś wątek, a za tym ruszy lawina. Z doświadczenia wiem, że im więcej postaci w powieści, tym więcej może się w niej zdarzyć. Czy to nie jest ekscytujące?
Dla pisarza na pewno. Co w pisaniu sprawia ci największą satysfakcję?
Samo pisanie. Kiedy siedzę pochylona nad laptopem, uświadamiam sobie, że już nie jestem nikim. Umiem robić coś tylko sama. Buduję historię, która staje się nowym domem dla mnie i dla moich czytelników. To rzeczywistość, którą kreuję. A związek między czytelnikiem i autorem cenię sobie najbardziej.
z Jo Kyung-ran rozmawiała Ewa Gajewska
Jo Kyung-ran
Wydawnictwo Łyński Kamień
Al. Komisji Edukacji Narodowej 83/114
02-777 Warszawa
NIP: 899-146-44-42
REGON: 141127843
kontakt:
m.kiersnowska_lynskikamien.pl
Wyłącznym dystrybutorem książki jest Firma Księgarska Jacek Olesiejuk.
Patronat medialny:
Kup książkę na
(c) Wydawnictwo Łyński Kamień