"O wernisażach w Kamienicy Cudów, lokalnych fobiach i nagim instynkcie"
rozmowa Marty Ryczkowskiej z Michałem Mroczką i Kosmą Ostrowskim
..........................................................................................................................................................................................................................................
- Od czego zaczęła się akcja z Kamienicą Cudów?
Michał Mroczka: Od pójścia na piwo, jak większość podobnych inicjatyw. Poszliśmy na piwo
i stwierdziliśmy, że zrobimy sobie wernisaż, bo wiemy jak ciężko się wbić do
galerii bez znajomości, nie tylko w Lublinie ale wszędzie. Pomyśleliśmy, że mamy
w miarę wolne przestrzenie w kamienicy, to dobra lokalizacja ..
- Któryś z was tam mieszka?
M.M: Tak, ja tam mieszkam. Wcześniej mieszkał tam również Dawid Jurek,
który wyemigrował nad morze.
- Czy wyszło to z waszego instytucjonalnego buntu?
Kosma Ostrowski: Mieliśmy w dupie łażenie..
M.M: ...picie siedemnastu herbat i piętnastu wódek z kimś żeby gdzieś coś zrobić. Stwierdziliśmy,
że jak zrobimy to sami to będzie to po pierwsze tak, jak my chcemy, będzie nasze,
a po drugie chcieliśmy sprawdzić, jak się odnajdziemy w środowisku, co się stanie.
K.O: Na zasadzie niespodzianki. ...efektu zaskoczenia...chcieliśmy sprawdzić czy będie odzew...
czy ludzie potrzebują alternatywy...
- Jaką mieliście koncepcję na ta pierwszą wystawę? Jak to sobie wymyśliliście?
M.M: Postawiliśmy na marketingowy szok. Tytuł wystawy i krótki opis miał intrygować, dlatego
napisaliśmy, że wystawiają się szowinistyczni młodzi twórcy, którzy robią erotyczne rysunki…
K.O: Chwytliwy temat: Niegrzeczni, chwytliwy plakat... promo w internecie. Jak przystało na
poważne wystawy chcieliśmy mieć swojego kuratora, zaprosiliśmy Sławka Tomana, który
napisał tekst. Ta inicjatywa od razu mu się spodobała. Na wystawie pokazaliśmy nasze
rysunki.
- Byłam na jednym z waszych dwóch wernisaży i nie widziałam nic tylko gigantyczną chmarę ludzi.
M.M: Szacujemy, że na wernisażu Niegrzecznych w ciągu kilku godzin było ponad trzysta osób.
Ogromna część oblegała klatkę schodową.
K.O: Wydrukowaliśmy trzysta ulotek, plakaty....mieliśmy hostessy i kuratora ;)
M.M: Przy drzwiach stały dwie dziewczyny, które rozdawały każdemu po jednej ulotce.
Stąd wiemy ile ludzi się przewinęło.
- Czym się różniła druga wystawa, Lubelski Full? Czy ona miała inne założenia czy była
kontynuacją waszego eksperymentu?
M.M: Częściowo bazowaliśmy na eksperymencie, tym razem zaprosiliśmy do współpracy więcej
ludzi. Wystawiało się kilkanaście osób. Była zasada, że można zająć maksymalnie metr
sześcienny pomieszczenia. Nie znaliśmy prac wcześniej poza kilkoma wyjątkami.
Aranżacja trwała do dnia otwarcia.
K.O: Myślą przewodnią był pseudokonkurs, w którym jury stanowiła publiczność. Wymyśliliśmy
sobie, że każdy będzie mógł się zaprezentować. Nazwaliśmy to Lubelski Full, był to rodzaj
nagrody dla kogoś, kto wygra.
- Byłam jakiś czas temu na promocji magazynu Maurizio Cattelana Toilet Paper, który składa się
z samych zdjęć bez tekstu, wysmakowanych, będących możliwie wiernym odbiciem
Cattelanowych wizji. Na spotkaniu pojawiły się same sławy polskiej sztuki i wszyscy jak jeden
mąż zostali wrzuceni w ciężką atmosferę miażdżącego patosu. Dyskusja była nieadekwatna do
żartu, jakim był w gruncie rzeczy ten magazyn. Jeśli robisz patos wokół żartu wychodzi coś
żenującego.
M.M: No właśnie my też stawiamy na dystans, wernisaże mają celowo taką formułę,
unikamy patosu.
- To jest ciekawe zderzenie dwóch w sumie skrajnych kategorii, patos i żart.
K.O: Zagraliśmy z konwencją konkursu, gdzie wszystko jest zawsze takie napompowane, jest
szacowne jury, grand prix, wszystko odbywa się w dość specyficznej atmosferze. Osoba,
która wygra otrzymuje kwiaty, kopertę, dyplom honorowy. My też zażartowaliśmy sobie
z tego grand prix, gdyż Seweryn Chwała, który demokratycznie zwyciężył, dostał w nagrodę
złotą rybkę, którą kupiliśmy wcześniej w sklepie zoologicznym. Pomyśleliśmy, że to będzie
lepsze zamiast koperty i paru tysięcy..
M.M: Chcieliśmy na początku wręczyć dziesięć tysięcy złotych, ale stwierdziliśmy,
że to będzie ciekawsze. (…)
- Czy uważacie, że artysta musi się tłumaczyć?
M.M: Nie, nie musi aczkolwiek ja nie widzę przeciwwskazań. Jeżeli chcę z danym człowiekiem
rozmawiać to jestem w stanie opowiedzieć mu swoją historię słowami.
K.O: Czasem ktoś sobie to tłumaczy zupełnie inaczej, niż sobie to założył artysta i nie ma sensu
tłumaczyć i wyjaśniać tego, co twórca miał na myśli. Każdy może to widzieć o drobinę inaczej.
- Lubicie jak wasze rzeczy są podparte czyimś komentarzem czy uważacie, że sztuka powinna
się sama bronić, nie potrzebuje książki?
M.M: Ja to traktuję liberalnie. Nie przeszkadza mi to. nie mam twardych zasad w tym względzie,
odbieram to instynktownie.
- Pojawiają się kwestie zależności między kuratorem a artystą, jak wy to widzicie?
Czasami prowadzą one do takich nadużyć, że kurator całkowicie przekształca wizję artysty.
M.M: Może taka i jego rola.
K.O: Przypomina mi się wernisaż Tomka Malca w Zachęcie. Kurator nie bardzo się wstrzelił...lub
raczej minął z tym, co Tomek chciał powiedzieć, przekazać. Czasem jest tak, że
te dwie wizje zupełnie się mijają. (...) trudno powiedieć czy to jest dobre czy złe...
- Na waszej stronie internetowej nie ma dokumentacji prac a zdjęcia są czaro-białe.
M.M: Kosma zajmuje się stroną...to jego koncepcja...może to jest właśnie ciekawe, że nie ma prac,
są ludzie, którzy przychodzą, i my, którzy tworzymy to miejsce.
- Wystawa pojawia się i znika, jej żywot jest bardzo efemeryczny...
K.O: Stawiamy na uderzenie. Cała ekspozycja trwa zawyczaj dłużej - tydzień
dwa, natomiast to właśnie wernisaż skupia na sobie cały ciężar. Prace co prawda
wiszą i każdy po wernisażu może je obejżeć w trybie indywidualnego zwiedzania,
można telefonicznie umawiać się na zwiedzanie... tak jest wygodnie i ekonomicznie :)
K.O: Dochodziły do mnie głosy publiczności pytające, gdzie te prace, jest tyle ludzi, że nic tu nie
widać....Cóż my podajemy odbiorcom pewnego rodzaju formułę......każdy wedle uznania może
zawsze wybrać czy chce w tym uczestniczyć, czy nie...czy może woli w spokoju wpaść do nas
kiedy indziej i delektować się spokojem przestrzeni i skupić się na odbiorze prac...
zazwyczaj jednak większość wybiera tą pierwszą opcję...
- Lubujecie się w grafice, w rysunku..?
K.O: Ja tak. ...uważam że w Lublinie jest pod wieloma względami z tym bidnie...zwłaszcza jeśli
weźmiemy pod uwagę grafike projektową...plakaty wydarzeń kulturalnych...folderki...ulotki...
bardzo zwracam zawsze na to uwagę...to ważne jak coś jest ładnie opakowane -
podane...dlatego bardzo dbam o to przy okazji Kamienicy Cudów...
M.M: Ja niekoniecznie, jestem wielofunkcyjny. Maluję, rzeźbię, rysuję, robię głupie miny
i przysiady.
- I uczysz starych ludzi.
M.M: Tak.
- Czyli media i narzędzia was nie ograniczają.
M.M: Z tymi narzędziami to bywa różnie, bo ja w przeciwieństwie do Kosmy jestem analfabetą
komputerowym.
K.O.: Tak się dobraliśmy na zasadzie symbiozy. (...)...za to Michał jest świetnym konferansjerem ;)
- Opowiedzcie o swoich indywidualnych projektach.
M.M: Moja pierwsza indywidualna wystawa odbyła się w Galerii 1, jeszcze w czasach głęboko
studenckich. Nosiła tytuł Bezkrólewie. Były tam prace sprzed miesiąca i sprzed pięciu lat,
nie stanowiła żadnej spójnej całości. To było trochę tak, że nie do końca było wiadomo co
jest pracą a co stałym elementem przestrzeni.
K.O: Ja zajmuję się grafiką warsztatową, trochę projektuje, rysuje... Na studiach dużo rysowałem,
potem w związku z tym, że miałem mniejszy dostęp do pracowni, - indywidualny tok studiów,
przerzuciłem się na komputer i teraz pracuję głównie na komputerze, rysuję na tablecie i
drukuję cyfrowo...cóż takie czasy. Jeśli chodzi o moje doświadczenie artystyczne - miałem
kilkanaście wystaw ...coś tam działam...zdaje się że to lubię, skoro to robię :)
- Widziałam twoje grafiki w toruńskim magazynie lifestylowym Musli.
One były już gdzieś pokazywane?
K.O: Tak, "cykl 10 Kobiet", na wystawie Zero w Zachęcie, którą przygotowaliśmy z chłopakami
(oprócz mnie Michał Mroczka, Kamil Kuzko, Seweryn Chwała, Wojtek Łysiak). To była nasza
większa wspólna wystawa po studiach. Okrzyknięto nas mianem: Młodzi w Zachęcie
....choć nie jesteśmy już pierwszej świeżości. Ta wystawa była dla nas impulsem.
To się dobrze przyjęło i chcieliśmy robić coś dalej. ...nie stać w miejscu
- Jakie macie podejście do naszego lokalnego światka galeryjnego?
M.M: Wyluzowane. Lubimy chodzić na wernisaże.
K.O: Mamy taką regułę, lubimy się szwędać po różnych miejscach, to są zawsze różne
doświadczenia, różne tam panują zwyczaje...w Galerii Pod Podłogą, Białej, Zachęcie.
M.M: Ogólne doświadczenie, z którego zresztą skwapliwie korzystamy jest takie, że przychodzi
grono ludzi, żeby się nawzajem zobaczyć a wystawia jest pretekstem. Bardzo często po
wystawie chodzi się tak jak się mija wystawy sklepowe.
- To też przyświeca waszym okazjonalnym wernisażom w kamienicy.
M.M: Jak najbardziej.
K.O: różnie to bywa...w dużej mierze zależy to od zaangażowania ludzi...
ale czasem też od jakości prac
- Jaka mogłaby być alternatywa? Takie telepnięcie odbiorcą żeby mu zęby powypadały czy może
danie mu przestrzeni, żeby sam się domyślał, że tu jest coś ciekawego? Jak wyobrażacie sobie
sytuację idealną, która powodowałaby, że między odbiorcą a artystą zrodziłaby się jakaś nić
porozumienia? Żeby nie było tylko tak, że wystawa jest pretekstem, ale czymś znacznie
silniejszym?
M.M: Fajnie jak nie zna się osobiście osoby, która się wystawia...co w Lublinie jednak jest mało
prawdopodobne. Nie wiem, może tak już ma być, że spotykamy się jak rodzina z okazji
urodzin i Wielkanocy.
- Mamy również słaby feedback w powernisażowych tekstach.
K.O: Tak, wystawy właściwie lecą jedna po drugiej i nic z tego nie wynika...nie ma odzewu...
reakcji, dyskusji...
- Przydałby się nam jakiś rodzaj trybuny, gdzie ludzie mogliby wypowiedzieć swoje zdanie,
nie bojąc się, że jeszcze za dużo nie wiedzą. Blog młodych krytyków Bilart zrodził się z tej
właśnie potrzeby.
M.M: Kiedyś napisałem manifest, który zamykał się zdaniem: Nie ma zasad, jest tylko instynkt.
Nadal uważam, że na tym trzeba przede wszystkim bazować. Jeśli czytasz, to sugerujesz się
czyjąś autorską opinią często motywowaną opiniami innych ludzi. To klatka, z której boimy
się wyskoczyć.
K.O: Trzeba Działać...
...